Organizacja spływu rzeką dla opornych.

Organizacja takiej imprezy, jak spływ rzeką jest zarazem łatwe i trudne – ale przede wszystkim jest pracochłonne, więc warto uzbroić się w cierpliwość 🙂
Właściwie nie wiadomo jaka jest najwłaściwsza kolejność działań – wiele z nich trzeba wykonywać po prostu równocześnie.
Ważny jest przede wszystkim pomysł, np. jak w naszym przypadku: spłyniemy Wisłą.
Żeby tego dokonać, trzeba sprawdzić czy mamy:
– sprzęt, na którym będziemy pływać,
– ekipę, z którą to zrobimy,
– trasę, na jakiej chcemy się pojawić.
Trasa (spływ z Kazimierza do Warszawy) była punktem wyjścia do dalszych wypadków.

Sekcja Morska ma klubowy sprzęt do swojej dyspozycji, ale żeby móc go użyć tak, jak nam się zamarzyło a co nie było standardowym sposobem korzystania z tego sprzętu przez ostatnie lata, musieliśmy dochować wielu klubowych formalności.
Mieliśmy też zapaloną do pomysłu ekipę, która była gotowa zaangażować się w projekt, choć z początku nie było wiadomo, jak on może dokładnie przebiegać.
Po wielu rozmowach nie tylko z osobami bardziej doświadczonymi w żegludze rzecznej, lecz także naszych wewnętrznych spotkaniach, trasa rejsu ewaluowała – uległa podzieleniu na dwie części i… na dwie rzeki.
Pierwszym etapem był weekendowy spływ Bugiem, drugim – weekendowy spływ Wisłą.

Jak już podjęliśmy decyzję, że właśnie tak to sobie zorganizujemy, to obie te imprezy miały elementy stałe czyli:
– zdobycie deklaracji od osób chętnych na płynięcie (bardzo ważne, bo od tego zależy m.in. liczba łódek),
– obliczenie kosztów – im bardziej precyzyjne, tym lepiej (to, co my musieliśmy uwzględnić to: koszty paliwa, koszty czarteru, koszty prowiantu),
– zebranie pieniędzy od uczestników wyjazdu (bardzo praktyczne rozwiązanie, bo mało kto się wycofa, jak już zapłaci),
– rezerwację omeg w Klubie na wybrany cel i termin,
– rezerwację osoby, która pomoże nam w transporcie jachtów (na Bug – bosmana, który nas wyholował, na Wisłę – kierowcy, który zawiózł łódki na przyczepie w wybrane miejsce),
– rezerwację sprzętu, który łódki dowiezie w wyznaczone miejsce (na Bug – motorówka Jawor, na Wisłę – bus + przyczepa),
– zorganizowanie treningów żeglarskich w celu przećwiczenia różnych manewrów (trzy sesje treningowe na Zalewie Zegrzyńskim),
– znalezienie maksimum informacji o charakterystyce i locji akwenów, po których mamy pływać (odległości, stan wody, szlak żeglowny i jego oznaczenia, płycizny, porty, slipy etc.),
– dopilnowanie zaprowiantowania (nocne wypady do sklepu po żywność biwakową),
– logistyka, tj. kto z kim kiedy dokąd jedzie, jak płyniemy, ile przepływamy, gdzie się zatrzymujemy, jak potem wracamy etc.

Do tego dochodziły też różne zmienne:
– zmiany w zaplanowanej trasie – co wynikało z naszej niepewności „jak to będzie” i powodowało silne emocje wśród osób zdeklarowanych na płynięcie i uważających się za królów wód śródlądowych,
– zarezerwowanie silnika, którego, jak się potem okazało, nie ma, a co nam krzyżowało plany, bo nie byliśmy pewni, czy damy sobie w ogóle radę na nieznanym akwenie,
– przewiezienie łódki, żeby móc jej zamontować deskę pod silnik, co, jak się potem okazało, nie było możliwe – ale w rezultacie ułatwiło nam późniejszy transport łódki w górę Wisły.

Najważniejszą z lekcji jest to, że warto dążyć do realizacji planów, bo udało nam się zrobić dwa bardzo fajne spływy 🙂 a organizując taki spływ trzeba przede wszystkim:

  1. zebrać ekipę która ma respekt do żywiołu
  2. mierzyć zamiar podług siły
  3. przeczytać dostępne opracowania o akwenie
  4. przestudiować mapy [te papierowe ale i elektroniczne]
  5. zapoznać się z komunikatami meteo i RZGW
  6. rozmawiać ze starymi żeglarzami bo oni na rzekach zaczynali swoją przygodę i potrafią zadziwić pamięcią i unikalnością informacji 🙂
  7. zachować spokój i dobry humor i cisnąć do skutku 🙂
Print Friendly, PDF & Email