Akcja WISŁA – cz. 6. – Góra Kalwaria i okolice pełne szuwar

Poniżej Kazimierza Dolnego i Puław na Wiśle w zasadzie nie ma portów, marin ani slipów tylko szuwary 😉

Jest to związane zarówno z historią Wisły jako drogi tranzytowej, jak i brakiem tradycji uprawiania turystyki rzecznej. Wisła w rejonie Puław i Kazimierza słynie z wycieczek płaskodennymi barkami i statkami turystycznymi, dlatego też tamtejsze mariny mają prawo bytu. Poniżej tych miast skarpa się obniża, więc Wisła ma okazję szeroko się rozlewać, co z kolei skutkuje tym, że ludzie odsuwają się od rzeki a sama rzeka i tereny przybrzeżne dziczeją. Jest to za to świetny teren, żeby budować przeprawy czołgowe, bo brzegi są płaskie a rzeka – o ile akurat nie wylewa – dość wąska 🙂 Przeprawy czołgowe mają z kolei tę zaletę, że odsuwają od brzegu główny nurt (działają jak tzw. ostrogi).

W środkowym biegu rzeki, zwłaszcza tam, gdzie Wisła tworzy duże zakola, są to dość częste umocnienia brzegowe, ale zaraz za nimi rzeka szeroko się rozlewa, meandruje i tworzy liczne wyspy o wysokich brzegach i płaskie piaszczyste łachy.

Od opuszczenia „slipu” w Latkowie mieliśmy okazję przepływać obok kilkunastu wysp, za to pierwszy „port” napotkaliśmy dopiero w Górze Kalwarii. Właściwie na wysokości Góry zaczęło nas spotykać wiele atrakcji na raz. Po pierwsze w Górze jest kolejna przeprawa czołgowa, tu pełniąca rolę plaży miejskiej, w ciepłe dni oblegana przez okoliczne dzieciaki, które sprawdzają czy każdy kamień rzucony w wodę chlapie a zaraz potem tonie. Pierwszy raz od wyjazdu z Warszawy napotkaliśmy tak wielu ludzi na raz. Oba końce przeprawy łączy podwodny próg, który przy niższej wodzie objawia się tzw. blizną (podniesienie tafli wody za podwodną przeszkodą), więc znowu próbowaliśmy ocalić kadłuby, miecze i się, przepływając nad nim tak, żeby w niego nie uderzyć. Pierwszy raz też spotkalismy most i mieliśmy okazję zweryfikować czy oznaczenia szlaku w ogóle są i czy są dobre oraz czy rzeczywiście potrafimy wyliczyć wysokość światła mostu. [Potrafimy – łódki nie zaczepiły topami o most.]

Ze względu na konieczność odstawienia jednej załogantki na ląd, musieliśmy odwiedzić port w Górze Kalwarii. Port jest położony zaraz za mostem i tu czekała nas niespodzianka, bo przy samym wejściu do kanału, prowadzącego do portu, napotkaliśmy pogłębiarkę (Sekcja Morska ma dziwne upodobanie do pakowania się w bliskie towarzystwo tych maszyn) i na początku trudno było nam ocenić, czy w ogóle damy radę przejść między nią a brzegiem. Zrzuciliśmy żagle i pomknęliśmy na pagajach, co w sumie nie okazało się zbyt trudne.

Port w Górze Kalwarii

jest portem przemysłowym – nie ma tam żadnego miejsca, żeby zacumować małe łódki, bo nabrzeże przystosowane jest do przyjmowania niemal wyłącznie maszyn (pogłębiarek, piaskarek etc.). Cały zbiornik jest obetonowany i przy „normalnym” stanie wody w Wiśle wyjście na keję znajduje się 2 m nad powierzchnią wody. Port słynie natomiast z… wędkarzy i zawodów wędkarskich – letnich, zimowych, na spinning, metodą gruntową i Bóg jeden raczy wiedzieć, jakich jeszcze 🙂

Podpłynęliśmy pod slip, orając łódkami o kamieniste dno, zeszliśmy na chwilę na ląd, żeby rozprostować nogi, wyrzuciliśmy załogantkę, i odpłynęliśmy, żeby szukać miejsca na nocleg. Znowu musieliśmy opłynąć pogłębiarkę, tym razem płynąc kawałek pod prąd i jeszcze kawałek pożeglowaliśmy. Po krótkiej dyskusji, gdzie powinniśmy zacumować, zdecydowaliśmy się na rozbicie obozu na malowniczej piaszczystej łasze.

Nie ma to jak nocleg na plaży 🙂

Blisko tej plaży na szczęście były też jakieś krzaki, więc można było rozpalić ognisko. Nasi dzielni załoganci w poszukiwaniu drewna na opał znaleźli… gniazdo komarów i sprowadzić plagę owadów na całą załogę 🙂

Print Friendly, PDF & Email