Akcja WISŁA – cz. 5. – przeszkody czy miłe niespodzianki?

Żeglowanie po rzece jest generalnie ciekawe:
– mamy do czynienia z różnymi siłami, działającymi na łódkę – wiatr, nurt, elementy dna,
– mamy różnorodne krajobrazy,
– spotykamy ciekawskie towarzystwo – głównie na lądzie – które dziwi się, że widzi żaglówkę i zazwyczaj zagada (chyba, że są to wędkarze nadbużańscy, którym wypłoszycie rybę…),
– jest absolutnie pusto na wodzie i cała rzeka jest dla nas.

Po spływie Bugiem żaden z tych elementów nie był dla nas zaskoczeniem, ale za to działał z większą siłą. Nurt był o wiele silniejszy. Wiatr (ok. 4 węzy) wiał z grubsza w plecy i zgodnie z nurtem, co dawało łódkom dużą prędkość. To z kolei sprawiało, że skupienie na czytaniu wody musiało być o wiele większe, bo też czas reakcji stawał się proporcjonalnie krótszy – do zauważonej przeszkody dopływało się o wiele szybciej, niż na Bugu czy wodzie stojącej przy tym samym wietrze.
Po niedługim czasie od wypłynięcia mieliśmy taką sytuację, że zauważyliśmy, że woda w poprzek rzeki lekko się burzy. Wyglądało na to, że pod wodą jest jakaś przeszkoda – albo pień drzewa, albo coś w stylu jakiegoś betonowego bloku (co też nie było wykluczone z racji budowy przepraw czołgowych), albo może jakiegoś podwodnego kamieniska. Po wodzie nie widać, do czego się zbliżamy, ale załamanie świadczy, że do czegoś na tyle dużego, że oddziałuje na wodę na tyle mocno, by załamywała się jej tafla.

W krótkim czasie musieliśmy znaleźć wyjście z tej sytuacji – nie zatrzymamy łódki przed przeszkodą, bo nie mamy jak, bezrefleksyjne płynięcie do brzegu może nas wpędzić w większe kłopoty (mielizna, pobliskie drzewa etc.), więc trzeba znaleźć miejsce, gdzie woda jest stosunkowo najmniej wzburzona, co by świadczyło, że nasza przeszkoda tam się kończy, i tak ominąć zawalidrogę.
Nasze „oko” na jednej z łódek, dzielnie stojąc jako wzmocnienie sztagu albo galion, wypatrzyło nieco spokojniejszą wodę, więc tam skierowaliśmy omegi. Dla pewności podnieśliśmy nieco miecz, żeby w razie uderzenia w coś twardego, nie uszkodzić go zbytnio.
W sumie nie wiadomo, nad czym przepłynęliśmy – ale łódką zabujało, jak pontonem na raftingu 🙂

Innego rodzaju przeszkodą bywają mielizny– o czym wspominaliśmy w relacji nr 4. – na Wiśle nieco inne niż np. na Bugu. Gdy na Bugu ładowaliśmy się przez nieuwagę w miel, wystarczyło wyskoczyć z łódki i idąc po dnie, ją przepychać/ciągnąć, co nam się kilka razy zdarzyło. Dno Bugu jest piaszczyste i twarde (przynajmniej w dolnym biegu rzeki), więc bezpiecznie można po nim spacerować.
Na Wiśle wskoczenie do wody jest bardzo ryzykowne, ponieważ piaszczyste dno ma właściwości ruchomych piasków i bardzo łatwo można zapaść się nawet całkowicie pod wodę (zostać wciągniętym), więc tego unikaliśmy, ale i tak nie polecamy 🙂
Mieliśmy natomiast wiosła pychowe. Znaczy… w roli tzw. pychów wystąpiły stare wiosła od DZ-ty, które specjalnie dla nas wynalazł w Klubie Kuba Kopczyński, ponieważ nasze piękne, nowe wiosła zostały skrzętnie ukryte w pontonie Sekcji Opti&Laser – i po prostu o nich zapomnieliśmy. Ich wadą była waga, co utrudniało nieco sprawne poruszanie się z nimi po pokładzie, ale na szczęście nie mieliśmy wielu okazji do korzystania z tego sprzętu. Po niezbyt długim czasie nauczyliśmy się obsługiwać podstawowe funkcje Wisły, więc mielizn skutecznie udawało się nam unikać.

Ze specyficznymi wiślanymi mieliznami (które niby są i przepłynąć przez nie trudno, ale z drugiej strony są bardzo miękkie i łatwo w nich się utopić) powiązana jest jeszcze jedna ciekawa rzecz. Rzeka – a Wisła w szczególności – niesie ze sobą ogromne ilości materiału (głównie piasku i mułu), co w przypadku wywrócenia łódki może poskutkować jej całkowitym zakopaniem w bardzo krótkim czasie. Waldek Bytner, który robił nam szkolenie teoretyczne z żeglugi rzecznej, ostrzegał przed takimi sytuacjami i wyjaśnił, że dobrze byłoby taką łódkę móc oznaczyć. W tym celu do pokładu warto przymocować długą linką coś, co robiłoby za bojkę, sygnalizującą miejsce zatopienia.
Zaopatrzyliśmy więc każdą z łódek w 5-litrową butelkę wody z przykazaniem, że wodę trzeba szybko wypić, żeby móc zrobić z niej boję, mogliśmy więc w czasie pierwszego obozu przy naszym „slipie” w Latkowie wypijać „na zapas” niezmierzone ilości herbaty (musieliśmy pić „na zapas”, żeby potem nie robić postojów dla zbyt wiele pijących).

No i oczywiście można natknąć się na przeszkody, które od razu widać, bo wystają nad powierzchnię, takie jak np. jakieś pnie czy gałęzie. Żadna sztuka je zauważyć, natomiast warto uświadomić sobie, że podczas płynięcia rzeką na żaglach na łódkę oddziałują dwie siły, tj. nurt i wiatr. Trzeba przyzwyczaić się do myśli, że nurt jest ważniejszy (co za ujma dla żeglarza!) czyli nie można próbować robić manewrów, takich, jak na wodzie stojącej, ponieważ jacht przemierza dużo większą odległość w krótszym czasie.
Należy pamiętać, że możemy nie zdążyć z manewrem, jeśli będziemy oglądać się tylko na żagle!

Tą przestrogą kończymy opowieść o czyhających w rzece przeszkodach i zapraszamy na następny odcinek 🙂

Print Friendly, PDF & Email