Akcja WISŁA cz. 3. – początek przygody.

Po bezskutecznej walce o silnik, zdecydowaliśmy się popłynąć na samych żaglach. Nasza trasa miała biec w dół rzeki, czyli z nurtem. Prędkość nurtu Wisły to ok. 5 km/h – nikt z nas nie zdawał sobie sprawy z tego, co to właściwie znaczy dla żeglugi, ale podejrzewaliśmy, że z powodzeniem da się tą rzeką spłynąć, choćby i bez żagli (wprawdzie niemal nie ma się wówczas sterowności, ale łódka płynie…).
Skoro już podjęliśmy decyzję o płynięciu, musieliśmy zrobić pewne kroki w kierunku zabezpieczenia siebie i łódek. Poza kamizelkami, doświadczonymi kapitanami i – nazwijmy to – talentem żeglarskim załóg, nie mieliśmy nic, co może nam pomóc w jakimkolwiek zabezpieczeniu przed awarią… Musieliśmy więc postawić na żeglarstwo.

Zanim jednak mieliśmy z niego skorzystać, musieliśmy przewieźć omegi w wyznaczone miejsce. Tak, jak opisywaliśmy wcześniej, zdecydowaliśmy się rejs rozpocząć w okolicy Latkowa od przeprawy promowej. Do tego „slipu” miał nas i łódki zawieść trener sekcji Opti&Laser, Kuba Kopczyński.

Podzieliliśmy się na dwie ekipy, które miały w dniu rozpoczęcia spływu przetransportować omegi na Wisłę. Pierwsza ekipa zebrała się w piątek rano i wraz z Kubą pojechała do Nieporętu, z którego została zabrana pierwsza omega i osprzęt do niej. Panowie (w liczbie czterech) pojechali do Latkowa, zrzucili omegę na wodę i zostawili w niej Łukasza, który miał pilnować łódki i w miarę możliwości poszukać miejsca na obóz. Reszta ekipy wróciła – tym razem do Warszawy – gdzie zebrały się pozostałe cztery osoby, żeby wspólnie spakować drugi jacht i już całym teamem pojechać na miejsce obozowania. Korzystając z okazji, żeby nie dźwigać omegi na własnych plecach (co zdarzało nam się robić wcześniej), Kuba wyciągnął prehistoryczny „dźwig”, złożony z czterech metalowych rur, do których były przyczepione taśmy i za pomocą ręcznych korb można było podnieść łódkę na dość znaczną wysokość, dzięki czemu łatwo można było podstawić pod nią przyczepę. Dzięki temu pierwszy raz mieliśmy okazję sprawdzić, że pakowanie łódki nie musi zajmować całego dnia 🙂
Wyruszyliśmy.

Jak przewidywaliśmy, podróż, pomimo że w niezbyt odległe miejsce, zajęła nam sporo czasu – ok. 1,5 godziny, dzięki czemu dojechaliśmy do slipu, przy którym Łukasz zakwitał z nudów, już po zmroku.
Dzięki doświadczeniu Kuby w wodowaniu sprzętu i jego braku obaw, że łódce, przyczepie lub samochodowi może się coś stać, jak się wjedzie tylnymi kołami auta do wody, omega została zrzucona błyskawicznie a Kuba, radośnie żartując z naszej wyprawy, mógł pojechać do domu.
My natomiast zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg.
Jako pierwsza padła propozycja, żebyśmy przepłynęli na pobliską wyspę, ale z racji zmierzchu nie mogliśmy dojrzeć czy:
– da się do niej bezpiecznie podpłynąć,
– czy będzie gdzie zacumować,
– czy będzie jak wleźć na skarpę,
– i czy będzie tam miejsce na rozstawienie dwóch namiotów.
Rozsądek kazał nam zostać na stałym lądzie, bo, choć propozycja była kusząca, jeśli okazałoby się, że nie jest tam spełniony choćby jeden z powyższych warunków, musielibyśmy podpłynąć z powrotem pod prąd bez żagli i steru.
Dzięki wybudowaniu przeprawy czołgowej, przy skarpie utworzyła się jednak spokojna zatoka, w której nurt był o wiele słabszy niż na nurcie właściwym, mogliśmy więc łódki bezpiecznie zostawić na wodzie a sami rozbić obóz na płaskiej, trawiastej skarpie. Tak więc rozbiliśmy obóz i zabraliśmy się za obiadowanie przy grillu (nieodzownym towarzyszu naszych spływów).
Noc była zimna, ale niebo rozgwieżdżone (co w Warszawie raczej rzadko widać…), co zwiastowało nam piękną pogodę – i rzeczywiście taka była.
Wstaliśmy (niemal) wcześnie i zabraliśmy się za wspólne śniadanie z widokiem na rzekę, którą mieliśmy już za chwilę popłynąć…

Print Friendly, PDF & Email